Jak słucham niektórych kierowników zespołów, to się zastanawiam jak groźne i śmiercionośne jest słuchanie. 

Obawiają się wprowadzić naukę umiejętności słuchania w zespole. Kilku obawia się, że słuchanie jest jakąś terapią.

Obawiają się, że w zespole wyjdą jakieś mroczne sekrety. Niczym z ponurych kryminałów lub posępnych horrorów.

Inni obawiają się, że usłyszą o sobie jakieś  przerażające prawdy i stracą stanowisko, bo wyjdzie, kim jest naprawdę. 

Zajmuję się nauką słuchania w zespołach. Nie zauważyłem w większości, żeby po warsztatach ze mną nastąpiły jakieś drastyczne zmiany lub krwawe rewolucje.

Ofiar śmiertelnych, pobić nie stwierdzono.

Dlaczego więc umiejętność słuchania w oczach kierowników zespołów jawi się jako broń masowej zagłady? Trucizna podana w napoju lub miotacz ognia?

Słuchanie nie lubi wielkich słów, wielkich wojen. Jest procesem intymnym. Takim, który wymaga skupienia, ostrożności, szacunku dla drugiej strony.

Stanowczości, ale i pewnej delikatności. A takiej na co dzień brakuje nam w większości.  Nie tylko w zespole.

Czasami zdumiewa mnie to, jak bardzo słuchanie w zespole wpływa także na kontakty jego członków z ludźmi spoza zespołu.

Nie wierzę tym, który mówią, że potrafią słuchać w zespole, biznesie, a w życiu prywatnym – już nie.

Może nie tyle więc nauka słuchania w zespole to nauka słuchania, co nauka tego, że uszy to nie miotacz ognia?

Jaką broń trzymają w rękach osoby z Twojego zespołu i Ty? Zamiast sięgnąć po naukę słuchania?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.